Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił taksówkarzowi i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło słońce. Błękitne niebo, obsiane kilkoma kłębiastymi chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. Przeklęte lato. Taksówka zawróciła na bocznej alejce i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie miał sił ruszyć się z miejsca. Za odjeżdżającą taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść dał krok przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w stronę bramy. Z daleka zauważył, że była niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie przyjechał i jeszcze nie zdążył jej zamknąć" -pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał widok na podjazd i resztę ogrodu. Ku jego zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do samochodu były otwarte, a obok stała walizka. Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się po okolicy, ale nikogo więcej nie było. Ruszył do głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie panowała cisza. W sztucznym stawie rzuciła się ryba. Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany trawnik biegł od stawu aż po dom. Przy rogu budynku, na ziemi leżał wąż ogrodowy. Lała się z niego woda. Musiała już długo płynąć, bo dookoła utworzyła się duża kałuża. Tuż koło narożnika budynku leżała para butów. Były to wojskowe, niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są wysokie, bo ich cholewki zasłaniał narożnik domu. Z wnętrza willi przez otwarte okno dobiegło głośne uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W jadalni panował półmrok. Stół zastawiony był dla dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko jedna osoba - Czarny. Robert siedział obok niego przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze raz uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, łapał oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł głowę. Otarł policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie poruszał się, bo nie mógł. W jego czole widniał mały otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki pozostaje zwykle po kuli wystrzelonej z pistoletu o podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i domknął powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, wyła syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi zgromadził się na nabrzeżu i obserwował jakiś wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. Przez szybkę widział jak policyjna motorówka podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. To ja - krzyczał do słuchawki. Miał szczęście Cleo była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie zadowolenia, że słyszy jego głos. - To ja. Robert. .
Herszt, barczysty facet o twardym spojrzeniu.. - Jedzie chyba z dziewięćdziesiąt - powiedział Decker. - Jeśli trochę odczekam i pojadę z podobną prędkością, ta półciężarówka skryje mnie na radarze każdego samochodu policyjnego zaparkowanego przy drodze. Policja najpierw zatrzyma półciężarówkę. Aja zdążę wytracić prędkość i się przemknąć. Wewnątrz samochodu zapanowała cisza.. GroĽnie ¶lepiami i jeszcze groĽniej, bulgotały, a indor w tęczy rozwachlarzonego. - To wszystko? - spytał. - Więc jej powiedzcie, że dobrze zrobiła i spodziewam się, że będzie szczęśliwa. To jej powiedzcie ode mnie. Dobranoc! Stał całkiem spokojny, dopóki nie wyszła z ogrodu; wówczas siadł i obiema rękami zakrył sobie twarz. Znowu policzek! Czy nie pozostanie mu ani strzępek dumy, ani odrobina godności własnej? Chyba już wycierpiał wszystko, co człowiek wycierpieć może; serce jego wrzucono do kałuży, by przechodnie mogli je deptać nogami; w duszy jego nie było najdrobniejszego zakątka, gdzieby czyjaś wzgarda lub szyderstwo nie wypaliły niezatartego piętna. A oto jeszcze ta cygańska dziewczyna, którą zabrał z ulicy, nawet ona miała w ręku bicz! Szatan zaskomlał przy drzwiach, Szerszeń wstał, by mu otworzyć. Pies skoczył do swego pana ze zwykłymi objawami szalonej radości, lecz dostrzegłszy rychło, że coś zaszło, ułożył się na macie koło jego krzesła i zimny nos przyłożył do zmartwiałej ręki. W godzinę później weszła Gemma. Nikt nie odpowiedział na jej pukanie, gdyż Blanka, widząc, że pan nie żąda obiadu, wymknęła się do kucharki w sąsiedztwie. Zostawiła drzwi otwarte i światło w przedpokoju. Zaczekawszy chwilę Gemma zdecydowała się wejść i odszukać Szerszenia, gdyż chciała mu zakomunikować ważne zlecenie otrzymane od Baileya. Zapukała do pracowni w odpowiedzi usłyszała z wewnątrz głos Szerszenia: - Możesz odejść, Blanko. Nie potrzebuję niczego. Cicho otworzyła drzwi. W pokoju było prawie ciemno, lecz lampa z przedpokoju rzucała przez otwarte drzwi długą smugę światła; przy jej blasku Gemma zobaczyła Szerszenia siedzącego z głową zwieszoną na piersi i psa śpiącego u jego nóg. - To ja - rzekła. Zerwał się.. Ale te stare książki zrobiły już wszystko, co mogły.. . - Mam pewne wątpliwości co do twoich przypuszczeń dotyczących powodów, dla których pan Hunt stara się ukryć fakt, że jest właścicielem Pawilonów Marzeń. - Naprawdę?. - Pójdę z Julie do dworku - przemówił Craig. - Potrzebuję kilku drobiazgów z garderoby, a poza tym trzeba nadać wiadomość do Grand Pierre'a. Edge biegł już w kierunku swojego jeepa. Szybko ruszył z miejsca i gdy załoga wyszła z pubu, był już poza zasięgiem ich wzroku. Craig i Julie wsiedli do drugiego jeepa. - Moja kariera jest pogrzebana - powiedział Hare z krzywym uśmiechem na ustach. - Jakaż to kariera? - spytał Craig szczerząc zęby i odjechał. Z kostiumowej kolekcji Julie wybrał czarny, wyjściowy mundur Standartenfuhrera brygady Charlemagne WaffenSS. - Tu są dokumenty, o które prosiłeś - powiedziała Julie, która właśnie weszła do pokoju. - Wystawione na nazwisko Henn Legrande. Tak na szczęście. Craig założył mundur. - W ryzykownych sytuacjach wolę mieć na sobie czarny. Zawsze napędza wszystkim strachu. - Co mam przekazać Grand Pierre'owi?. - Potrzebowali właśnie garbusa lub innej poczwary, by ulicznicy mieli kogo obrzucać łupinami z pomarańcz lub bananów... Widziała pani klowna w owym cyrku... otóż ja takim byłem... przez dwa lata. Wyuczyłem się sztuczek potrzebnych. Nie byłem wprawdzie dość zniekształcony, lecz uzupełnili to garbem sztucznym, a kalectwo mej nogi i ręki wyzyskali w całej pełni... strój błazna też się przyczynia do zabawy. Jedyną przeszkodę stanowiło to, że często byłem chory i niezdolny do występów. Niekiedy przedsiębiorca bywał w złym humorze i zmuszał mnie do wyjścia na arenę, gdy miałem owe ataki... Zdaje mi się, że te wieczory największe miały powodzenie. Raz, pamiętam, zemdlałem z bólu w czasie przedstawienia... Gdy odzyskałem przytomność, widzowie tłoczyli się wokół mnie... świszcząc, wyjąc i obrzucając mnie.... Jak widzimy, mając zainstalowany program NC, możemy zapomnieć, jak działa komenda CD, która w DOSie służyła do zmiany bieżącego katalogu. Aby wejść do katalogu za pomocą NC, wystarczy ustawić na nim kursor i przycisnąć ENTER. Wyjście z katalogu następuje po podświetleniu dwóch kropek, umieszczonych na początku listy zawartości katalogu, i przyciśnięciu ENTER..
-
Kategorie
-
Losowe
- - I co za czort tę wojnę rozpętał? - zastanawiała się głośno Kargulowa w przerwie między litaniami. .
- - Co?! .
- nie możemy nazywać żywą istotą, gdyż nie można nazywać żywym .
- - Chyba mam tylko jedno wyjście. .
- w razie czego, nie można robić takich niedorzeczności - powiedział Chaim, zapalił papierosa i szedł w milczeniu. Daleko na lewo w ciemności zawyły dwa krzyki kobiece i strzał. Na niebie i ziemi zakłębiła się biel, zaczął sypać śnieg, układając się w ścieżyny na bruzdach i pod miedzami. I wszystko to - opowiadał - przywodziło na pamięć jakieś obrazy z książek szkolnych: czerwoną latarkę budnika, łyżwiarzy z fioletowymi nosami, zjeżdżanie z pagórka na klepkach, starych skrzynkach i torbach ceratowych; przytulone pod śniegiem ciepłe chatki ze światłem szczęścia rodzinnego, iskierki Bożego Narodzenia, zmrok z dzwonkami. Szli w stronę plebanii, na wschód Huciska, borykając się ze śniegiem i wiatrem. Dolina rozmokła ostatnią odwilżą, nogi grzęzły w syczący torf. Chaim przystawał, słuchał, badał wzrokiem najbliższy kawał ziemi. Niewielka rozległość drżącej pod nogami, a dalej zasnutej czernią ziemi - wszystko wydawało się potopem i że on i Dudi są jedynymi ludźmi pozostałymi przy życiu, a tam dalej nie ma nic. Wstrząsany dreszczem wziął rękę Dudi i rzekł do niego: - Nic, jakoś dojdziemy. - I nic prócz szumu wiatru, ni krzyku, ni strzału, ni światła, jak oko blizną zamknięte na zawsze. Raptem, jak w strasznym śnie, posłyszał za sobą prędkie kroki. Odwrócił się - a ten obcy był już blisko - olbrzymi mężczyzna. Szedł prędko, prawie biegł i mijał ich w ciemności. Chaim zawołał: - Kierasiński? .
- potrafilbym byc .
- - Wyrzucił butelkę przez okno. Nic byś się zrobił. Nie zapominaj o tym. Madeline nie zwracała na niego uwagi. Powóz pędził z ogromną szybkością. Po jakimś szczególnie mocnym wstrząsie zorientowała się, że Mały John przewrócił się na bok, twarzą w stronę jej stóp. Potrąciła go czubkiem buta, usiłując zwrócić AMANDA QutCK 3 uwagę na siebie. Do nogi, pod suknią, miała przymocowany ty sztylet. - A więc o to było tyle zamieszania - mruknął do siebie ston, przeglądając książeczkę. yladeline wyczuła jego podekscytowanie. - To jest klucz, którego pan szukał. - Przesunęła nogę, tak jej kostka znalazła się przy dłoniach Małego Johna. wiele panu z niego przyjdzie bez Księgi Tajemnic. Jedna żka bez drugiej jest bezużyteczna. - Widzę, że słyszała pani plotki o tej starej księdze viedział Keston. - Nic dziwnego. Od śmierci Lorringa zyscy o tym mówią. - Ale tylko najbardziej ekscentryczni członkowie Towarzysi Vanzagarian wierzą w jej istnienie. - Ekscentryczni czy nie, ale są tacy, którzy byliby gotowi iłacić fortunę za ten mały tomik. Wielu członków Towarzysijest przekonanych, że Księga ocalała z pożaru we Włoszech. gotowi poświęcić całe życie na odszukanie jej. Na razie ;tnie, za grube pieniądze, kupią klucz do jej odczytania, ii sądzą, że w ten sposób znajdą się o krok bliżej do odkrycia atecznych tajemnic Vanza. - Pan też chce dotrzeć do tych tajemnic? eston roześmiał się. - Nie jestem takim szaleńcem jak mój przyrodni brat, pani veridge. Nie jestem też wariatem, jak ci starzy durnie 'owarzystwa Vanzagarian. - Od początku więc chodziło panu o pieniądze? Nie przybył i do Londynu, żeby pomścić brata? chichot Kestona zabrzmiał jak upiorny śmiech demona. - Droga pani Deveridge. Czyżby obca była pani filozofia nza? Nie wie pani, że wszelkie silne uczucia są niebezpieczj Zemsta należy do tych uczuć, które potrafią przyćmić umysł i skłonić człowieka do irracjonałych działań. W przeciwieństwie do Renwicka nie kieruję się namiętnościami i na pewno nie zrezygnuję ze swoith celów, żeby pomścić głupca. - On był pana bratem. - Przyrodnim. Mieliśmy tylko wspólnego ojca. - Keston spoważniał nagle. Jego oczy lśniły w mroku. - Kiedy ostatni raz spotkałem Renwicka, zromumiałem, że padł ofiarą podobnego szaleństwa, jakiemu uległ nasz ojciec. - Ale obaj studiowaliście filozofię Vanza. - Bo nasz ojciec był z nią mocno związany. - Keston przyglądał się przez chwilę złotej rękojeści swojej laski. Patrząc teraz wstecz, rozumiem, że ojciec od dawna był szalony. Wierzył, że największe tajemnice świata można znaleźć w alchemicznych przepisach zawartych w sekretnych księgach Vanza. Renwick uległ tej samej obsesji. W końcu ta fascynacja doprowadziła go do zguby. Powóz podskoczył na jakimś wyboju i się zachwiał. Madeline poczuła, że palce Małego Johna zacinęły się na jej kostce. Znalazł wreszcie sztylet. Żaden z mężczyzn nie zwracał uwagi na chłopca, ale dla bezpieczeństwa dyskretnie zarzuciła na niego połę płaszcza. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. - To pan porwał moją pokojówkę tamtej nocy, prawda? .
- "duszpasterskie" podróże zagraniczne rozpocząłem od Londynu. Inicjatorem był dawny aktor "Qui pro quo", Stanisław Bełski osiadły po wojnie na stałe w stolicy Anglii. Prowadził tu kabaret literacki dla Polonii tak miejscowej, jak i rozrzuconej po różnych miastach Wysp Brytyjskich. Kabaret ten wystawił specjalnie zaprojektowany program pt. Szafa gra i zaprosił mnie do wzięcia w nim udziału. Zaczęło się od tego, że na dworcu Yictoria oczekiwało mego przyjazdu kilku byłych warszawskich rodaków, którzy mnie po prostu nie poznali i już zabierali się do odejścia, gdy... Tu oddaję głos sprawozdawcy miejscowego "Dziennika Polskiego": ...podszedł pan z wąsikiem, w średnim wieku, odsłonił grzecznie początek łysiny spod kapelusza i zapytał; "Znakiem tego panowie czekają na Wiecha?" I rzeczywiście... oczekujący nie poznali gościa z Warszawy, ponieważ zamiast monokla nosił okulary, nadto zachowywał się przy wyjściu z pociągu z taką swobodą i pewnością siebie, jakby wysiadał z tramwaju na Kercelaku. Za to Wiech wprawnym warszawskim okiem od razu rozszyfrował zabłąkanych na wygnaniu rodaków. Potem nastąpiło uroczyste odwiezienie do polsko-szkockiego hotelu "Strathcona Court" na Cromwell Road, dwie powitalne szkockie whisky pół na pół z czystą eksportową, kolacja w "Ognisku" polskim i lulu. Następnego dnia była premiera widowiska pt. Szafa gra. Składało się ono z inscenizowanych przez miejscowych aktorów polskich z Ludwikiem Lawińskim na czele moich utworów. Reżyserował Stanisław Bełski. Poza tym ja czytałem swoje felietony. Przedstawienie uzupełniały .warszawskie piosenki w wykonaniu Danuty Karell i Artura Poznańskiego oraz tańce znakomitego duetu znowu polsko-szkockiego, Leonarda i Eunice Biedrzyckich. Przy czym pani Biedrzycka, jako patriotka szkocka, wystąpiła zgodnie ze swą tradycją narodową w stroju niezwykle oszczędnym. Ratowało to w pewnym stopniu renomę teatru, w którym wieczory odbywały się w oczach nielicznych, zabłąkanych tu przez pomyłkę cudzoziemców. Tu muszę wyjaśnić, że teatr "Pigalle" położony w samym sercu Londynu na Picca-diiiy Street dawał normalnie widowiska rewiowe z udziałem pięknych, strojnych głównie we własne wdzięki girls, których frapujące fotosy zdobiły wejście. Organizatorzy moich wieczorów wynajęli ten teatr z powodu olbrzymich trudności w uzyskaniu innej sali w śródmieściu Londynu. Było to powodem kilku zabawnych nieporozumień z przypadkowymi widzami. Ale gros publiczności stanowił tak zwany polski Londyn, który stawił się licznie, hucznie, pieszo i konno. Mowa tu o kolejkach podziemnych i koniach mechanicznych. Polska publiczność wiedziała, na co przyszła i przyjmowała panów: Wątróbkę, Piecyka, szwagra Piekutoszczaka, a zwłaszcza panią Gienię serdecznie i dawała wyraz swemu wzruszeniu. Tak się złożyło, iż tego właśnie dnia w tutejszych "Wiadomościach" przeczytałem wśród Kartek z dziennika zmarłego nie tak dawno na obczyźnie Jana Lechonia taki ustęp, pod datą 16 kwietnia: Nie polonezy Chopina, nie Matejko, nie Wawele i Skałki, ale bajora i piaski mazowieckie, i knajpki podwarszawskie, i ludek Wiecha - najmocniej, najdotkliwiej pomnażają naszą tęsknotę. Wypada mi przypuszczać, że Lechoń przesadził. W każdym razie widziałem, że podczas gdy na scenie, na tle dowcipnej dekoracji z szyldem "Cafe Pod Minogą", ukazali się aktorzy ucharakteryzowani na warszawskie typki, na widowni wiele osób trzymało chusteczki przy oczach. Wprawdzie tubylcy wyjaśnili mi zaraz, że nie chodziło o oczy, tylko nosy były w robocie, bo grypa w dalszym ciągu szaleje i cały Londyn jest zakatarzony. Możliwe, ale potem już z bliska widziałem, jak ludzie płakali, słuchając monologów w wykonaniu Ludwika Lawińskiego, Niny Oleńskiej, Klary Bełskiej, Zięciakiewicza (Piecyk na medal!). Oczywiście płakali ze śmiechu. Ci sami sceptycy rozczarowali mnie potem, że tu się ludzie śmieją z byle czego, wystarczy palcem kiwnąć. Od Anglików się zarazili, którzy przychodzą na tak zwane wesołe widowisko z mocnym postanowieniem odeśmiania zapłaconych za tickety szylingów. Nie lubią wydawać na próżno pieniędzy. Właściwie to było mi wszystko jedno, grunt, że "frekwencja przychodziła". Wolne dni wykorzystywałem na zwiedzanie miasta i oglądanie różnych imprez. Oczywiście przeżyliśmy tu mocno mecz bokserski Polska-Anglia. W hali było pięć tysięcy Anglików i tysiąc Polaków, ale słychać było tylko nas. Chwilami, a właściwie podczas całego meczu, miałem wrażenie, że jestem w Warszawie w Hali Mirowskiej. Publiczność wydawała normalne okrzyki: - W bufet go, w bufet! .
- Poznanie podstawowych operacji na pewno ułatwi naukę posługiwania się lepszym narzędziem tego typu. Co więcej niektóre są .
- Równocześnie uzyskali dwie odpowiedzi. Nie pokazując się wrogom. Chaber wyraźnie poinformował, że pan Wolski znajduje się w samochodzie, z tyłu, na fotelach, albo może pod fotelami, pasażer zaś, który podążył otwierać garaż, wytoczył z niego drugie koło. - Niech ja w domu nie nocuję! - zdenerwował się Pawełek. - Ile mają tych zapasowych kół, cały magazyn?! Janeczka zaniepokoiła się bardziej. Powtórzyć przedstawienia Stefek już nie mógł. Rafała jeszcze nie było. Złoczyńcy pracowali sprawnie, gotowi byli skończyć robotę i odjechać na nowych kołach, niknąc im kompletnie z oczu... - Czy któryś z was ma gumę do żucia? - spytała gorączkowo. - Prędzej! I scyzoryk. -Na co ci... - zaczął zaskoczony Pawełek, sięgając do kieszeni po scyzoryk. - Ja mam - odparł równocześnie Stefek i też zaczął grzebać w kieszeni. - Miętowa... Janeczka wyrwała mu z ręki płaski prostokącik, odebrała bratu scyzoryk, przekroiła gumę na pół i jedną połowę zaczęła gwałtownie gryźć. Pawełek patrzył na nią ze zdumieniem. - Nienawidzę gumy do żucia - powiedziała niewyraźnie i z obrzydzeniem. - To po co żujesz? - rozgniewał się jej brat. - Mogłaś dać mnie. Janeczka pokręciła głową, z energią pracując zębami. .